O autorze
Dziennikarz telewizyjny, specjalizujący się w tematyce bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Fotoradary - temat zastępczy

Wydawało mi się, że zadyma wokół fotoradarów wywoła w efekcie poważną dyskusję wokół rządowego programu poprawy bezpieczeństwa. Zamiast tego obserwuję znaczny przyrost liczby publicystów niezależnych i niepokornych, aż nie wiadomo, czy wszyscy zmieszczą się na krakowskim balu. Większość z nich sprawami bezpieczeństwa nigdy się nie zajmowała, a ci, którzy są redaktorami naczelnymi, jakoś na łamach swoich periodyków też tego tematu nie podejmowali. Nie tędy droga, koleżanki i koledzy.

Pan minister Nowak miał rację, proponując spokojną rozmowę o poprawie bezpieczeństwa na polskich drogach. Ta rozmowa przyda się wszystkim, pana ministra nie wyłączając, gdyż największą zaletą jego programu jest to, że w ogóle jest. Nawet jako zbiór pobożnych życzeń.
Ale minister jest jeden, a nas miliony, wypadałoby więc tę rozmowę zacząć od siebie. Jacy więc jesteśmy my, polscy kierowcy? Obraz, który wyłania się z internetowej dyskusji, nie napawa optymizmem.
Przede wszystkim, najbardziej na świecie cenimy nasz własny czas. Nie lubimy go tracić na powolną, zgodną z przepisami, jazdę. Wszystko, co nam te cenne sekundy z życia odbiera, to utrudnienie i szykana. W ogóle prawo o ruchu drogowym pisał jakiś Wujek Samo Zło, i pewnie tylko po to, żeby mieć perwersyjną satysfakcję z nakładania na nas, wolnych ludzi, idiotycznych ograniczeń. Przecież my wiemy lepiej, a wykroczenia to nie my, wypadki tym bardziej. To zawsze inni.
No dobrze, czasami zdarza nam się zrobić coś nie do końca zgodnego z przepisami, ale zawsze mamy na to usprawiedliwienie: znak stoi w idiotycznym miejscu, droga była nie taka, jak byśmy chcieli, ktoś się potwornie wlókł i nas zdenerwował. 1000 razy nic się nie stało, dobrze się skończyło, czemu więc mielibyśmy dopuszczać do siebie myśl, że za 1001 skończy się źle?
Truizmem będzie powtórzenie po raz kolejny, że za bezpieczeństwo w ruchu drogowym odpowiadamy przede wszystkim my sami. Ale tak jest - to my ten ruch tworzymy, dojechanie do celu w sposób bezpieczny dla siebie i innych to zadanie najpierw nasze, a dopiero potem służb, drogowców, policji, radarów i reszty. Zwalanie stanu rzeczy na drogi, drzewa, tramwaje, pociągi i te potworne radary nic nie da i niczego nie zmieni.
Naprawdę, zacznijmy od siebie - wymagajmy od pasażerów z tyłu, żeby zapinali pasy (połowa nie zapina), dzieci woźmy w dostosowanych do wieku, wzrostu, wagi i prawidłowo zamocowanych fotelikach, zwierzęta w odpowiednich, mocno zapiętych transporterach. Nauczmy się wreszcie, że zielona strzałka to nie jest zezwolenie na skręt w prawo bez zatrzymania pod czerwonym światłem, że pobocze to nie jest dodatkowy pas ruchu pozwalający wyprzedzać na trzeciego, że wjeżdżając do miejscowości trzeba zwolnić nie dlatego, że może tam stać fotoradar.
A potem, jak już to wszystko będzie normą - bluźnijmy na ministra ile wlezie. Ale dopiero wtedy.
Trwa ładowanie komentarzy...