O autorze
Dziennikarz telewizyjny, specjalizujący się w tematyce bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Dzień Dziadka

Dwie nowe dziedziny nauki, genealogia lustracyjna i lustracja genealogiczna doprowadziły ostatnio do fascynującego odkrycia, że każdy ma jakiegoś dziadka. Naukowcy posunęli się jeszcze dalej, stwierdzając ponad wszelką wątpliwość, że większość z tych dziadków służyła w jakiejś armii.

I tak dziadek premiera Tuska służył w Wehrmachcie, dziadek redaktora Gmyza w Afrika Korps (czyli też w Wehrmachcie), a na przykład mój dziadek w Royal Air Force.
Wynika z tego jasno, że wnuk zwykłego żołnierza piechoty może być zdrajcą i wykazywać ukrytą opcję niemiecką, za to wnuk podwładnego Lisa Pustyni jest z pewnością prawdziwym Polakiem i patriotą. Zupełnie, jakby obaj dziadkowie znaleźli się w tych jednostkach z własnej i nieprzymuszonej woli, na ochotnika, choć każdy, kto choć trochę orientuje się w historii II wojny światowej doskonale wie, że zostali do nich wcieleni przymusowo. Ale licytacja na dziadków, który był be, a który cacy, trwa w najlepsze.
Sensu w tym żadnego nie ma, wniosków żadnych wyciągnąć się nie da, historyjki te są bowiem tylko potwierdzeniem skomplikowanych losów wielu Polaków, którzy podczas wojny znajdowali się w wielu armiach po obu stronach frontu, w większości przypadków zmieniając tę stronę na właściwą. Wystarczy przypomnieć, że II Korpus generała Andersa zasiliło prawie pół miliona żołnierzy Wehrmachtu, wziętych do niewoli na froncie włoskim.
Żeby było jeszcze ciekawiej, opisywano historię pewnego Koreańczyka, który znalazł się w Normandii w jednej z jednostek, które poddały się Amerykanom. Został on siłą wcielony do armii japońskiej, znalazł się w niewoli sowieckiej, wylądował w Armii Czerwonej, potem w niewoli niemieckiej, z której trafił do Wehrmachtu. Amerykanie już gościa oszczędzili...
Jednak genealogiczni lustratorzy koniecznie chcą zasłużyć na Ignobla i zapewne dopiero się rozkręcają. Każdy w tej sytuacji powinien przygotować dokumenty poświadczające historię swojej rodziny do co najmniej ósmego pokolenia, nigdy bowiem nie wiadomo, na czyjego dziadka trafi tym razem. Albo na dziadka dziadka.
W Dzień Dziadka wypadałoby tę paranoję na chwilę przerwać i cieszyć się, że nasi dziadkowie jednak wojnę przeżyli, dzięki czemu możemy teraz wypominać sobie ich losy. Bo przecież i dziadek premiera, i dziadek redaktora mogli zginąć pod bombami, które mój dziadek zrzucał na nich ze swojego Lancastera.
Sugeruję więc nieśmiało pomyśleć dzisiaj ciepło o żyjących i nieżyjących już dziadkach, a od jutra zająć się czymś sensowniejszym i przynoszącym większe korzyści dla wszystkich. Bo genealogia lustracyjna i lustracja genealogiczna do niczego mądrego nie doprowadzi.
Trwa ładowanie komentarzy...