O autorze
Dziennikarz telewizyjny, specjalizujący się w tematyce bezpieczeństwa ruchu drogowego.

Uliczny dżihad, czyli rowerzyści kontra reszta świata

Ten temat powraca co roku jak fachowo rzucony bumerang. Z nastaniem wiosny chodniki, jezdnie i drogi rowerowe zamieniają się w pole bitwy. Nie należę do fanów cyklizmu, choć przeciwko rowerom jako miejskiemu środkowi transportu nie mam nic, skądże znowu. Jednak uprawiana od lat cykloterrorystyczna propaganda może być pięknym case study robienia ludziom wody z mózgu.

Niby wszystko jest proste i jasne. Przepisy bardzo dokładnie określają, kiedy rowerem wolno poruszać się po jezdni, kiedy - wyjątkowo - po chodniku, a kiedy tylko drogą dla rowerów. Prawa i obowiązki uczestników ruchu też są bardzo ściśle zdefiniowane. Tyle, że w praktyce te przepisy są całkowicie martwe.



Jest w tym, niestety, dużo winy mediów. Niektóre z nich wydają się być organami rowerowego lobby i zamiast rozsądnie tłumaczyć zasady współżycia na drodze, promować bezpieczeństwo i kulturę jazdy - tworzą mit cyklisty jako światłego rycerza ekologii i postępu. Naturalnie, stojącego na znacznie wyższym poziomie ewolucji niż zapuszkowane bydło w blachosmrodach i bezsensownie poruszające się we wszystkich kierunkach piesze mróweczki. Trudno się dziwić, że przy takim wsparciu propagandowym w umysłach osób poruszających się na rowerach wytworzył się kompletnie zafałszowany obraz świata, a cała grupa powszechnie uważana jest za arogancką i roszczeniową. I tak niestety jest. Przywódcy cykloterrorystów domagają się coraz liczniejszych przywilejów w ruchu, skutecznie tłumacząc swoim wyznawcom, że obecnie obowiązujące przepisy są do niczego i można je lekceważyć. Każdy, kto te zapędy próbuje powstrzymać to wróg postępu i tłusty burżuj na stałe przyspawany do kierownicy swojej puszki na kołach. To niebezpieczna praktyka. Jedyne, do czego prowadzi, to konsolidacja przeciwników cykloterroryzmu. Co gorsza zaś prowadzi też do eskalacji agresji nawet wobec ludzi, którzy są rowerzystami świadomymi i rozsądnymi.
Podstawowa linia konfliktu to piesi kontra rowerzyści. Po chodniku jeździć nie wolno, prawo o ruchu drogowym dopuszcza taką jazdę tylko w kilku wyjątkowych przypadkach i zawsze z zachowaniem ścisłego pierwszeństwa pieszych. Państwu cyklistom to oczywiście nie pasuje, bo przecież na jezdni niebezpiecznie, drogi rowerowe kiepskie, źle wyznaczone i niewygodne. Jazda po chodniku jest więc ich zdaniem całkowicie usprawiedliwiona. A pierwszeństwo pieszych? No niby jest, ale jak się na nich zadzwoni, to powinni ustąpić. Nie, nie powinni, na chodniku piesi są u siebie. Mają pełne prawo do zachowań nieprzewidywalnych: nagłego zatrzymania, zmiany kierunku itp. W przypadku potrącenia wina zawsze będzie po stronie rowerzysty. Pod warunkiem, że uda się go złapać.

Zdarza się i tak, że piesi zapuszczają się na drogę dla rowerów, choć jest to zabronione. Wtedy natychmiast podnosi się lament, że jak to, co to za bydło, gonić, obdzwaniać, rozjeżdżać. Kali w czystej postaci. No niestety, drodzy cykliści, często jest tak, że z powodu waszej drogi rowerowej chodnik meandruje jak górski strumień (przecież wasza wygoda jest ważniejsza) i czasami po prostu szybciej jest dojść korzystając z waszej dróżki. Nie wolno, to prawda, ale czy wam wolno jeździć chodnikiem?

Kolejny martwy przepis to zakaz przejeżdżania przez przejście dla pieszych, jeśli nie ma przy nim przejazdu dla rowerów. Nie przestrzega go pewnie 99% rowerzystów. Tymczasem przepis ten służy ochronie rowerzystów właśnie - prowadząc rower jest się pieszym i ma pierwszeństwo. Jadąc na rowerze przez przejście jest się kierującym pojazdem. Tak, rower to pojazd. Jedyny notabene, który można prowadzić w normalnym ruchu kompletnie nie znając przepisów.

Można by jeszcze długo - o oświetleniu (jest obowiązkowe, a niewiele osób je ma), o ubezpieczeniu OC, które jest dobrowolne, ale warto je mieć. Właściwie to powinno być obowiązkowe - skoro rowerzyści uczestniczą w ruchu tak samo jak pojazdy, które OC mieć muszą, tyle że każdy głos podnoszący tę kwestię jest natychmiast przez cykloterrorystyczną propagandę zakrzykiwany.

Mnie osobiście najbardziej podoba się postulat, żeby znieść odpowiedzialną karną rowerzystów za jazdę po pijanemu. Autentycznie, jest i taki. Podobno pijany rowerzysta zagraża tylko sobie. Trudno to pojąć - ale to dobry początek. Nic przecież nie stoi na przeszkodzie, żeby zażądać absolutnego pierwszeństwa dla rowerów na każdej drodze, zniesienia obowiązku przestrzegania sygnalizacji świetlnej, a dla pieszych wprowadzenia obowiązku zatrzymywania się na widok roweru i zdejmowania czapki przed światłym rycerzem ekologii i postępu.

Kiedyś, w odległej przyszłości, te problemy znikną, ludzie będą musieli nauczyć się dzielić przestrzenią. Ale zanim do tego dojdzie, na drogach niepotrzebnie może zginąć wiele osób. Będą to ofiary cykloterrorystycznej propagandy, tylko teraz nikt tego nie rozumie. A może rozumie, ale świadomie o tym nie mówi?
Trwa ładowanie komentarzy...